Terapia Ericksonowska – skuteczny nurt pracy terapeutycznej

(…) „I zawsze pamiętaj, że jesteś kimś wyjątkowym.

Milton. H. Erickson

Milton Hyland Erickson był amerykańskim psychiatrą i psychologiem specjalizującym się w hipnozie klinicznej oraz pionierem terapii rodzin. Był założycielem Amerykańskiego Towarzystwa Hipnozy Klinicznej oraz członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego i Amerykańskiego Towarzystwa Psychopatologicznego.

Osiągnięcia Ericksona przyczyniły się do rozwoju wielu kierunków i szkół psychoterapii między innymi : strategicznej terapii rodzin (Jay Haley), teorii komunikacji (MRI) w Palo Alto (P. Watzlawick, J. Weakland, V. Satir, S. Minuchin), która jest do dziś inspiracją dla wielu szkół terapii rodzin, terapii krótkoterminowej skoncentrowanej na rozwiązaniu (St. de Shazer), psychobiologicznego podejścia E. Rossiego, NLP (R. Bandler, J. Grinder), współczesnego zastosowania klinicznej hipnozy w psychoterapii.

Praca w ujęciu ericksonowskim może być fascynującą przygodą, podróżą w odkrywaniu tego, co każdy posiada, ale na chwilę rozpoczęcia terapii trudno mu z tego korzystać.
W nurcie ericksonowskim niezwykle istotne jest to, że pozytywna zmiana może być zainicjowana już na pierwszych sesjach, co podnosi motywację, wiarę oraz zaufanie do siebie i terapeuty.

Sam termin „terapia” ma wiele znaczeń i bez wątpienia wpisuje się w każdą zaplanowaną i systematyczną aktywność skierowaną ku procesom mentalno-emocjonalnym.

Z założenia Terapeuta Ericksonowski odwołuje się w swej pracy do oczywistego przekonania, że przeszłości nie da się zmienić, w związku z tym proponuje raczej budowanie rozwiązań na przyszłość. Wzbudza nadzieję, motywację i wiarę w to, że zmiany są możliwe do osiągnięcia.

Terapia ericksonowska kończy się zazwyczaj gdy osoba osiągnie to, co było początkowym celem terapii oraz zaszła potrzebna zmiana w jej życiu lub objawy choroby bądź zaburzenia zminimalizowały się i nie utrudniają już codziennego funkcjonowania lub nastąpiło całkowite „uzdrowienie”. Terapię można zawiesić lub zakończyć wówczas, gdy konkretna osoba potrafi sama radzić sobie i dobrze się czuć w swojej codzienności. Praca terapeutyczna dzięki terapii ericksonowskiej jest niezwykle skuteczna. Oczywiście jest to indywidualnie dostosowany rodzaj procesu terapeutycznego do konkretnej osoby, więc rezultaty i efekty zależą od kilku zmiennych. Natomiast jeżeli pojawia się chęć i silna motywacja do poprawy jakości swojego życia, a przede wszystkim zdrowia, czy samopoczucia, to terapia nie może nie przynieść pożądanych rezultatów. Bardzo ważne jest, tak jak w większości innych rodzajów, nurtów terapii, by wytrwać w procesie terapeutycznym, nawet jeżeli nie do końca relacja z terapeutą wygląda tak, jak oczekiwania przed jej rozpoczęciem. Bardzo ważne jest, by zaufać terapeucie, jego umiejętnością i temu, że tak naprawdę jest sprzymierzeńcem w tym, by terapia powiodła się w jak najszybszym czasie i osoba mogła zaznać ulgi w objawach. Bywa też tak, że często dosyć szybko dzięki terapii ericksonowskiej zachodzi poczucie lepszej kondycji psychicznej, wtedy osoby sądzą, że to już może znak o zakończeniu terapii. Tym bardziej nie, należy wtedy dalej kontynuować terapię, ponieważ jest to ważna informacja, iż ten rodzaj relacji z terapeutą jest skuteczny. Dobrze wiedzieć, że w terapii ericksonowskiej i  w wielu innych, powinno się realnie i racjonalnie obliczać czas czy długość trwania procesu terapii – czyli na przykład jeżeli zmagamy się z poczuciem lęku od 5-ciu lat i dopiero zaczynamy terapię, to rozsądnie będzie trzeba przeliczyć matematycznie ile zająć może wyzdrowienie. Czy w ciągu pięciu miesięcy? Tak, jest to możliwe, ale rok z pewnością to jest taki czas, który minimum trzeba sobie dać na obserwację dużych zmian, mniejszych w krótszym czasie. Z zasady im dłużej trwa terapia, tym dłużej utrzymują się jej efekty. Pamiętać jednak zawsze trzeba iż to indywidualny przelicznik, ponieważ każdy jest unikalny w swoich doświadczeniach, historii, przeżyciach i konstytucji personalnej, osobowej. Obliczenia są hipotetycznym założeniem, natomiast uczciwie i rzetelnie pokazują, że po kilku sesjach z pewnością nie możemy pragnąć niebagatelnych zmian.

Przeszłości nie da się zmienić, ale można budować pozytywne rozwiązania na przyszłość.

Dla kogo terapia ericksonowska?
Jeśli :
chcesz odkryć swoje mocne strony, uruchomić swój potencjał, zainicjować pozytywne zmiany, poradzić sobie z problemem, wzmocnić sprawczość i zaradność, rozszerzyć możliwości wyboru, to terapia ericksonowska wychodzi naprzeciw.
Ważne  jest by chcieć uczyć się na swoich doświadczeniach, osiągnąć konkretny cel i być otwartym na niestandardowe metody pracy.

Zapraszam na konsultacje do terapii, Agnieszka Janczewska.

Autor artykułu : mgr Agnieszka Janczewska – psycholog, psychoterapeuta, pedagog

Terapeuta Ericksonowski posługuje się w swojej pracy również metaforą, przypowieścią, oto jedna poniżej, odnaleziona kiedyś w sieci:

OPOWIEŚĆ O DOKTORZE OD DUSZY

– Dzień dobry, Panie doktorze…
– Niech i dla Pani będzie dobry. Co Pani dolega?
– Boli dusza. Pan jest przecież doktorem od duszy?
– Od duszy. Taką mam specjalizację. Co się stało z Pani duszą? Coś ją zraniło?
– Nie wiem, Chyba tak. Jakoś jej nie czuję, drętwieje ciągle. I w ogóle źle się
czuję. Nie potrafię wymawiać „lubię” ani „kocham”.
– O, to bardzo powszechna choroba. Proszę mi powiedzieć, jak się Pani odżywia.
– Odżywiam? Zupy jadam, warzywa, owoce. Lubię czasem coś sobie
przygotować smacznego. Uwielbiam pomarańcze, kocham lody, czekoladę też
kocham.
– To jednak potrafi Pani mówić „kocham”?
– Nie zrozumiał mnie Pan. Ludziom nie potrafię tego powiedzieć.
– Rozumiem. Proszę oddychać. Głębiej! Po co się Pani tak napina?
– Nie potrafię głębiej. Zatyka mnie.
– Dobrze, zapisuję: „nie pozwala sobie na oddychanie pełną piersią”. Teraz
proszę nie oddychać. Nie oddychać, nie oddychać… Już, może Pani oddychać.
To chyba już Pani nawyk – nie oddychać?
– Dlaczego Pan pyta? Przecież jakby oddycham…
– No właśnie – jakby. A w rzeczywistości tylko Pani udaje. Boi się Pani otworzyć
drzwi. Zamknęła Pani wszystkie uczucia w komórce i je tam więzi. Pilnuje Pani,
żeby nie wylazły. Zaciska je Pani coraz bardziej.
– Ale przecież uczuć nie powinno się pokazywać. Dławię je w zarodku.
– No to ma Pani przyczynę kłopotów z oddechem. Nazbierała Pani zarodków, całe
płuca zajęte. Dławienie uczuć to zbrodnia wobec własnego organizmu.
– To co mam z nimi robić?
– Uznać, że istnieją. Nazwać je po imieniu. I pozwolić im być. Zaprzyjaźnić się z
nimi.
– Potem się nimi zajmę, a teraz przyszłam do Pana, bo nie umiem mówić
„kocham”.
– Proszę się wyprostować. Opukam Panią.
– Ojej! Auć! Proszę nie dotykać! Boję się!
– Ach tak, znaczy, że tym stukaniem obudziliśmy obawy. Bardzo dobrze! Ale
przecież to Panią nie boli, więc czego się Pani boi?
– Bólu. Nie chcę, żeby bolało!
– A kiedy boli?
– Jak się uderzę albo oparzę, albo przewrócę… Dużo jest takich możliwości, żeby bolało…
– Kochanieńka, to Pani się boi miłości!
– Ja? Boję się? A co miłość ma do rzeczy…
– Przecież miłość to właśnie wzloty i upadki, ostre zakręty, stłuczki, płomienie i
fale. Miłość nie może być ostrożna!
– Wiem, doktorze… Zdarzało mi się…
– I teraz się Pani boi?
– Tak. Boję się. Odrzucenia, zdrady, kłamstwa. Porzucenia też się boję.
– Dlatego więzi Pani swoje uczucia, ochrania je Pani z każdej strony, ratuje przed
bólem. A one gniją w niewoli, cierpią… Pani choroba jest uleczalna, ale musi
Pani pokochać siebie. Wówczas nie pozwoli Pani, aby ktokolwiek Panią zranił –
to nie będzie możliwe. Będzie Pani bezbłędnie dokonywać najlepszych dla
siebie wyborów.
– To znaczy, że teraz siebie nie kocham?
– Przecież Pani do mnie przyszła, więc jakiś początek już jest. Zaczęła się Pani o
siebie troszczyć, a to oznacza rozpoczęcie kuracji.
– A jak to jest kochać siebie?
– Proszę zacząć siebie słuchać. Swoich życzeń, swoich odczuć. Przecież o co
bym Pani nie zapytał, to Pani mówi „nie wiem”, „nie czuję”… Jeżeli sama Pani
się do siebie odnosi z takim lekceważeniem, to czemu inni mieliby Panią
traktować poważnie?
– To co ja mam robić? Jak nauczyć się miłości do siebie?
– Proszę się oszczędzać, wspierać, pochwalić siebie czasami… Nie przeciążać
się, nie forsować. Robić tylko to, na co Pani ma ochotę. Nie na wszystko ma
Pani ochotę? Tak zrobić, żeby ochota była, żeby radość była w każdym Pani
działaniu… Nie obrażać się.
– Dobrze, spróbuję… kochać siebie, radość, być sobie życzliwą…
– To tyle. Niedługo poczuje Pani, że w środku zwolniło się miejsce na miłość.
Myślę, że możemy się już pożegnać. Medycyna zrobiła swoje, teraz wszystko w
Pani rękach.
– Panie doktorze, ale jak się to miejsce ma zwolnić, jak tam tyle tego
wszystkiego?
– Tak, to prawda, nagromadziła Pani sporo. Kamienie… zarodki… połknięte
urazy… Dużo tego.
– To co ja mam z tym zrobić?
– Wybaczać, wybaczać i jeszcze raz wybaczać! Trzy razy dziennie po jedzeniu!
Zdrowia życzę! Następny!”

Autor nieznany